Rowerem wokół Jeziora Genewskiego

Październik był w Szwajcarii bardzo łaskawy – ciepły i słoneczny. To mogła być ostatnia szansa na zrealizowanie mojej misji – okrążenia Jeziora Genewskiego na rowerze. Wiedziałam, że to zrobię, praktycznie od momentu kiedy dowiedziałam się o możliwości wyjazdu do Szwajcarii. To było tylko kwestia czasu, a dokładnie wolnego weekendu i pogody.

Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0715
Rowerem wokół Jeziora Genewskiego

Podróż rozpoczęłam w La Tour de Peilz, gdzie aktualnie mieszkam. Nie spieszyłam się rano. Przede wszystkim chciałam się wyspać i zjeść porządne śniadanie (jak zwykle owsiankę), aby mieć siłę na pedałowanie. Moją agendą rządził trochę iPhone, którego musiałam podładować z rana. Naładowany telefon to podstawa. Nie chodzi tylko o możliwość chwalenia się wynikiem na endomondo, o nie! Nie rezerwowałam wcześniej noclegu. Zależało mi na elastyczności, poznaniu nowych miejsc, podziwianiu widoków, a nie na prędkości i wyniku. Jezioro Genewskie można objechać i w jeden dzień. Tylko po co? Ja przeznaczyłam na to cały weekend.

Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-1934
Szwajcaria – trasa rowerowa jak marzenie

Wstępnie pierwszego dnia chciałam dojechać do Yvoire lub aż do Thonon les Bains. Ze względu na zmęczenie, na drugi dzień wolałam zostawić sobie do przejechania nieco krótszy dystans. Jednak nie byłam pewna, czy nie zasiedzę się w jakimś uroczym miejscu w sobotę, a tym samym dokąd dojadę i gdzie będę spać. Telefon z dostępem do internetu z pewnością przydaje się, aby w ostatniej chwili znaleźć nocleg- dopiero w Genewie, czyli po przejechaniu 93 km zaczęłam rozglądać się na booking.com za hotelem, ale o tym później.

Wyjechałam około 9 rano. Po raz pierwszy nie zabrałam ze sobą ani kanapek, ani termosu z kawą. Po drodze mijam często kawiarnie i piekarnie, które przyciągają zapachem i słodkościami na wystawie. Zwykle opierałam się ich urokom, bo przecież musiałam zjeść wszystki kanapki, marchewki i puszkę tuńczyka. Nie tym razem. Dodatkowe wydatki dość łatwo zracjonalizowałam sobie minimalizacją wagi koszyka.

Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0510
Vevey  – widelec przy muzeum Alimentarium
Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0528
Winnice Lavaux

No to w drogę! Pierwsze 2.5 km to trasa doskonale mi znana- pokonuję ją każdego dnia w drodze do pracy. Codziennie mijam widelec w Vevey. To również jeden z niewielu odcinków, który prowadzi przez malowniczą promenadę tuż nad brzegiem jeziora. Za Vevey na drodze wydzielona jest ścieżka rowerowa, oczywiście po obu stronach. Odcinek między Vevey a Lozanną jest najbardziej malowniczą częścią całej trasy. Po obu stronach drogi od samych szczytów wzgórz aż do brzegu jeziora rozciągają się winnice Lavaux. Ich historia sięga XII w. Zostały one wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warto zjechać z głównej drogi i jedną z wielu ścieżek wjechać wyżej, praktycznie między winorośle, aby podziwiać niesamowitą, pocztówkową panoramę Regionu Lavaux. Chyba nigdy nie znudzi mi się ten widok. Na trasie do Lozanny znajduje się kilka ładnych miejscowości, przesiąkniętych winem, np. St-Saphorin, Cully, Lutry.

 

Przez Lozannę przejechałam praktycznie bez zatrzymywania się. Nie dlatego, że nie jest tego warta. Po prostu już tam byłam. Pierwszy przystanek zrobiłam w Morge.

W centrum Vevey i na głównej ulicy w Morge akurat w sobotę odbywa się targ.  W Morge można kupić prawie wszystko: od starych butów, przez błyszczące obudowy do iPhonów, ubrania dla babci jak z bazaru w Tuszynie. Moja uwagę bardziej przyciągały stoiska z olbrzymim wyborem oliwek, orzechów i przypraw; stoiska z wędlinami, serami oraz ostrygami spożywanymi na miejscu z lampką wina- skusić się??

Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0762
Już prawie w domu – mijam Villeneuve
Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0729
W drodze do Villeneuve

Zaczęłam od czegoś bardziej standardowego- naleśników w restauracji Le mikado. Owoców morza już nie zmieściłam.

Niedaleko za Morge znajduje się mała, niepozorna, piękna miejscowość – Saint-Prex. W centrum zamieszkałej przez 5 000 osób wioski, znajduje się średniowieczne stare miasto otoczone murami. W sobotę wczesnym popołudniem było praktycznie wymarłe. Otwarta była jedna knajpa. Na ulicy minęło mnie może 5 osób – wszystkie z pewnością powyżej 70 lat, co jest typowe w tej części Szwajcarii. Sporym rozczarowaniem okazał się natomiast położony 25 km dalej Nyon.

Po prawie 7 godzinach i około 93 km wjechałam do Genewy. Przez większość czasu jechałam wyznaczoną trasą turystyczną numer 1.

W Szwajcarii na każdym kroku i skrzyżowaniu widoczne są znaki z numerami tras rowerowych, pieszych i rolkowych. Warto z nich korzystać, gdyż gwarantują bardzo dobrą infrastrukturę i dzięki nim się nie zgubicie. Te rowerowe prowadzą często przez mało znane miejsca, co jest niewątpliwą zaletą. To najlepszy sposób, aby poznać codzienność mieszkańców. Przejeżdżałam wąskimi drogami i ścieżkami między polami kapusty, szczypiorku, między magazynami, za stodołą, za zagrodą krów i owiec, między winnicami. Jeżdżą tamtędy tylko mieszkańcy okolicznych domów. Wszyscy mówią sobie (i mnie) dzień dobry, co byłoby nie do pomyślenia w większych, zatłoczonych miejscach. Jeśli ktoś myśli, że trasa prowadzi wzdłuż brzegu jeziora, to grubo się myli. Nad brzegiem znajdują się prywatne wielkie wille i tylko ich mieszkańcy mają dostęp do brzegu. Przez sporą cześć trasy, jeziora nawet nie widać.

Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0607
Szwajcaria – wśród winnic
Lake_Geneva_Switzerland_Anna_Kedzierska-0642
W Genewie z widokiem na Mont Blanc

Kiedy mijałam Genewę robiło się już ciemno. Wolałam jednak przenocować po francuskiej stronie, głównie ze względu na ceny. Na booking.com wybrałam hotel oddalony o około 30 km od Genewy. Trasa była idealnie oświetlona, szeroka ścieżka rowerowa, teren dosyć płaski, a ja miałam jeszcze resztki sił, więc stwierdziłam, że mogę jeszcze popedałować przez nieco ponad godzinę.

Jak wielkie i nieprzyjemne było moje zaskoczenie kiedy kilkanaście kilometrów za Genewą przekroczyłam granicę z Francją. Jak za uderzeniem magicznej różdżki zgasły wszystkie światła i skończyła się ścieżka rowerowa. W międzyczasie zrobiło się kompletnie ciemno i strasznie. Zapewne nie przeszkadzało to kierowcom, którzy docenili fakt, że po francuskiej stronie mogą wdepnąć gaz do dechy. Przepaść między Francja a Szwajcarią była wręcz szokująca. Przez kolejną godzinę pędziłam jak nakręcona byle tylko dojechać cało i zdrowo do hotelu. Ruch na drodze był ogromny, na drodze na której nie było ani ścieżki rowerowej, ani chodnika. Nawet polnej wydeptanej ścieżki, bo przecież tamtędy nikt nie chodzi! Mówimy o trasie wzdłuż jeziora Genewskiego! Myślę, że nie tylko mnie się ubzdurało, żeby to jezioro okrążyć. Kompletna ciemnica! Na szczęście byłam oświetlona jak choinka i oczywiście jechałam w kasku. To była bardzo nieprzyjemna część wycieczki. Skupiałam się na hotelu, na ciepłym łóżku i na gorącym jedzeniu. Było już tak blisko, już witałam się z gąską, a tu proszę – hotelu, który według google maps i booking miał być położony gdzieś w centrum niczego, po prostu nie ma. Są za to pola i jest ciemność. W takich przypadkach tylko naładowana bateria w iPhonie podtrzymuje na duchu. Około 2 km dalej w Anthy-sur-Léman znajdował się inny hotel, a dokładnie L’Auberge D’Anthy. Przystępna cena, podrzędny, ale czysty pokój i bardzo dobra kuchnia, której specjalnością są ryby z Jeziora Genewskiego, zwanego przez Francuzów Jeziorem Lemańskim (Lac Léman). Pyszna kolacja i piwo Leman na zakończenie dnia.

 

Przejechałam w sobotę 124 km. Na niedzielę, zostało mi około 60. Co to jest?

Było widno, ruch na drodze znaczniej mniejszy, ale ścieżki rowerowej jak nie było tak nie ma. Ok, przypominam sobie bardzo przyjemne 2 km w okolicach Thonon-les-Bains, gdzie była bardzo dobra ścieżka, po lewej stronie odgrodzona drewnianymi słupkami od ulicy, a po prawej od utwardzonej ścieżki do biegania. Jest dobrze! Niestety ze ścieżkami rowerowymi po francuskiej stronie jest jeszcze gorzej niż w centrum Warszawy. Krótko mówiąc, pojawiają się i znikają. Czasami zaczynają się tuż przed skrzyżowaniem, aby na skrzyżowaniu się skończyć. Przyjmują do tego różne formy. Na przykład droga rowerowa za Evian miała szerokość kierownicy od roweru.

Skoro już wspomniałam o Evian. Wszyscy kojarzą tę nazwę z drogą wodą mineralną o przeciętnych walorach smakowych i mineralnych. Podobnie jak woda, miasto nie zachwyca. Czasy świetności ma już zdecydowanie za sobą. Jedna główna ulica, promenada, port i kasyno, do którego kiedyś przyjeżdżali Szwajcarzy wydawać swoje fortuny.

Jedynym miejscem po francuskiej stronie, które koniecznie trzeba zobaczyć jest Yvoire. Byłam już tam dwukrotnie, więc tym razem je ominęłam. To średniowieczna osada, z zamkiem i murami obronnymi z początku XIV w. Myślę, że Yvoire nadaje się idealnie na scenerię romantycznych filmów o średniowieczu. Nie historycznych, ale romantycznych. Filmów, w których wszyscy mieli piękne białe zęby, a kobiety nosiły czyste, idealnie dopasowane sukienki. Yvoire jest idealnie odrestaurowane, czyściutkie, pełne ozdób i kwiatów. W starych chatach znajdują się aktualnie restauracje, naleśnikarnie, lodziarnie i mnóstwo sklepów z wyposażeniem mieszkań. W 1959 r. miejscowość otrzymała pierwszą nagrodę na najlepiej zachowaną wioskę we Francji. Jest zaliczana do grona najładniejszych miejscowości w całej Francji.

Granica między Francją i Szwajcarią znajduje się w Saint-Gingolph. Nie ukrywam, że byłam bardzo szczęśliwa, kiedy ją przekroczyłam. Nagle przy drodze pojawił się wielki znak informujący kierowców o ruchu rowerowym oraz o zagrożeniu dla rowerzystów na drodze. Kilkaset metrów dalej zaczęła się szeroka droga rowerowa, która prowadziła do Bouveret. Widoki przede mną były niesamowite – jadąc wzdłuż jeziora widoczne były już zaśnieżone szczyty za doliną Valais. Za Bouveret było jeszcze lepiej. Szlak prowadził przez łąki i lasy aż do Villeneuve. Stamtąd już pojechałam prosto do Montreux, mijając po drodze Chateau de Chillon aby po 184 km dotrzeć do domu.

 

Mogłabym powtórzyć tę podróż, najchętniej jednak jeździłabym w kółko po szwajcarskiej stronie. Wiedziałam, że po francuskiej są gorsze warunki jednak nie sądziłam, że będzie mnie to aż tak irytowało. Może przed kolejną wyprawą zdecydowałabym się też na lepszy i lżejszy rower. Jak zwykle wszyscy mnie mijali, ja nie minęłam nikogo. Przeważnie byli to panowie w wieku blisko emerytalnym. Wszyscy na pięknych drogich szosówkach, przy których mój rower wygląda marnie. Mimo tego, dałam radę 🙂

Na koniec tylko wspomnę, że w podróży bardzo przydało mi się kilka gadżetów: super-mocno-świecąca lampka, zewnętrzna ładowarka do iPhona i koszyk na rower. Wojtek, bardzo doceniam wszystkie te prezenty.

8 Comments Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s